🏸 Czytać W Rzece Rozumieć Ryby

Produkt: Czytać w rzece rozumieć ryby: Wacław Strzelecki. dostawa jutro. do koszyka dodaj do koszyka. Firma. PREZYDENT. ALEKSANDER KWAŚNIEWSKI - wywiad rzeka. od. Jak działa echosonda? Przetwornik wysyła wiązkę skierowaną w stronę dna, która przybiera kształt stożka. Gdy napotka przeszkodę odbija sygnał, który wraca do przetwornika. Na tej podstawie na ekranie możemy odczytać głębokość ale także napotkane po drodze ryby. Najczęściej kąt sygnału jaki wysyła przetwornik to 60° ale Książkę możesz nabyć w pakietach:TUTAJ: https://fundacjanaszawinnica.pl/pl/c/Jak-czytac-i-rozumiec-Pismo-Swiete/42 Skawa – rzeka, prawy dopływ Wisły. Płynie na obszarze Beskidów Zachodnich i Pogórza Zachodniobeskidzkiego przez Beskid Żywiecki, dalej przez Beskid Makowski i Beskid Mały, między pogórzami Śląskim i Wielickim oraz Doliną Wisły [1]. Jej bieg w całości znajduje się na terenie województwa małopolskiego [2] . Strażacy napowietrzają zbiornik Zajma przy plaży w #Supraśl #przyducha #rzeka #Zajma #śnięteryby #straż #OSP #PSPPrzyducha ryb, śnięte ryby w rzece Supraśl. Te ryby potrzebują różnych się od siebie warunków do życia. Ryby z rzek, jezior, potoków nie żywią się karmą w płatkach i jedzą znacznie mniej. Większość ryb sprzedawanych w sklepach zoologicznych, to ryby ciepłolubne. W rzekach natomiast występują ryby zimnolubne. Nikt normalny nie umieści ryby zimnolubnej z ciepłolubną. Wacław Strzelecki Czytać w rzece rozumieć ryby Produkt niedostępny Zobacz więcej > Inne tego wydawnictwa -2% Cechy, których brakuje każdej partii, są czymś, co znajdują w swoim romantycznym partnerze., Kiedy ryby i Koziorożec związek łączy się jako jeden, istnieje poczucie kompletności. koziorożec uczy się rozumieć ryby na poziomie emocjonalnym. Ryby są elastyczne, więc uczą się rozumieć Koziorożca na racjonalnym poziomie. W związku z tym związek zakłada, że jeszcze więcej martwych ryb spłynęło rzeką. Rozmiary nie są jednak porównywalne z masowym umieraniem ryb w Odrze na granicy polsko-niemieckiej. Solanka amoniakalna. Tymczasem firma Solvay poinformowała, że w piątek wcześnie rano doszło do awarii technicznej w fabryce sody w zakładzie w Bernburgu. Informacje o Fishing the River of Time - 11936350142 w archiwum Allegro. Data zakończenia 2023-03-06 - cena 144 zł Przecież przy tych urzędnikach wyławialiśmy ryby – denerwuje się Narloch. W środę, 29.07.2020 r. w Zawadzie PGW Wody Polskie, Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej w Gdańsku organizują “ W rzece Heraklita”. W tym utworze poetka przedstawia społeczność ludzką, jako ryby. Rzeka Heraklita to ludzki świat. Ryby zachowują się jak ludzie, wykonuj… jjKrE. Skupię się jednak głównie na poszukiwaniach prowadzonych pod kątem spinningu, jako że polowania na białoryb przy pomocy zestawów spławikowych bądź gruntowych wydaje się znacznie prostsze. Polega bowiem na znalezieniu obiecującego odcinka i dokładnym wygruntowaniu dna, pozwalającego na lokalizację wszelkich dołków, krawędzi spadków, niekiedy przeszkód zalegających na dnie. To już połowa sukcesu. Dalej to odpowiednia kompozycja zestawu, skład zanęty, rodzaj i wielkość podanej przynęty i sporo drobnych spraw, o których... każdy doświadczony spławikowiec mógłby książkę napisać. Zacznijmy od miejsca wybitnie charakterystycznego: Narwiańska główka, jedyna taka mi znana. Zbudowana ze złomów skalnych przez dziesięciolecia ulegała rozmywaniu. Aż wreszcie ktoś pomysłowy, a w niej zakochany, postanowił ją wzmocnić po swojemu. Nasypał więc betonowych fragmentów z rozebranego ogrodzenia. Szpetnie to wygląda, jest w dodatku niebezpieczne dla próbujących dotrzeć do szczytu. Kawałki muru chyboczą się pod stopami, więc w każdej chwili można zaliczyć upadek i kąpiel. Ale ryby są. Co roku, z dołu za szczytem główki padają okołometrowe sandacze, niekiedy trafi się podobnej wielkości szczupak, także sum. Niestety jest to miejsce tylko dla doświadczonych wędkarzy, dysponujących mocnym sprzętem. Stare głazy, potem uzupełnione o zmywane fragmenty ogrodzenia, zalegają na dnie nawet 15 m od główki. Tak więc bez solidnej plecionki ani rusz. A i tak trzeba być przygotowanym na spore straty w przynętach. Z żyłką, nawet 0,30 mm, nie ma co podchodzić. Na pięć rzutów 4 rwania są pewne. Oczywiście można poprowadzić „gumę” nieco wyżej, lecz wówczas nie ma co liczyć na branie. Zwalone do wody drzewo, nieco dalej wystający pień, mówią same za siebie. Szczególnie interesujące jest to drzewo. Woda wymyła przed nim i pod nim rynnę głęboką na ok. 2,5 m (głębokości odnoszę do średnich stanów wody). To doskonałe miejsce na szczupaki i okonie. Jednak pod warunkiem, że wabik dosłownie ociera się o gałęzie. Przy czym te zanurzone, widoczne ze skarpy przy nasadzie pnia, sięgają znacznie dalej niż te na powierzchni. Więc bez polaroidów ani rusz. Co podawać? Na napływie tonący wobler. Tak rzucony, by nurt wcisnął go pod pień. Owszem, dałoby się spławić wobka nawet i na dziesięć metrów dalej, tuż nad dnem, jednak wówczas wyjęcie nawet ledwie miarowego szczupaczka staje się prawie niemożliwe. Ryba na pewno zdoła się wbić w gałęzie. Strona zapływowa – guma lub przeciążona wirówka podana na skraj gałęzi błyskawicznie dojdzie do dna.. I tak, jeśli wirówka nr 3 ma zwykle ok. 6 g, to tu potrzeba 10 g. Musi jednak idealnie pracować, bo ściągana z prądem na odcinku nie dłuższym niż 10 m pozostaje w polu widzenia drapieżników może z pięć sekund. Równie mocno obciążone, agresywnie pracujące kopyto, popracuje nieco dłużej. Czy są jakieś inne ryby? Są jazie, w ciepłej porze roku lubiące buszować między zatopionymi gałęziami. Niestety, tu już trzeba speca z dużą dozą szczęścia. Speca dlatego, że poprowadzenie w poprzek nurtu lub po skosie małego woblerka na delikatnym zestawie, gdy tor prowadzenia musi być skalkulowany co do kilku centymetrów, a potem błyskawiczne wyprowadzenie ryby na otwartą wodę, wymaga dużych umiejętności. Pojawiają się tutaj także klenie, na granicy nocy i dnia zaglądają sandacze, a w środku upalnego, letniego dnia harcują bolenie. Te gatunki mają niedaleko inną, znacznie ciekawszą dla siebie miejscówkę. Drzewo zaparło się gałęziami o twardy, piaszczysty garb, którego szczyt jest ok. 1,5 m pod powierzchnią. To twór przypominający twardą, jeziorową górkę. Jej łagodne spady schodzą do ok. 3 m. Trudność w tym, że drzewo oddalone jest od brzegu o ok. 40 m. Niczym małym się tam nie dorzuci. Więc o kleniach trzeba zapomnieć. W użytku będą tylko ciężkie, dalekosiężne przynęty w postaci boleniowych wahadłówek i dość mocno obciążonych gum. A tu już dowód na to, że nie powinno się uparcie trzymać stereotypów. Trzy poprzednie fotki zrobiłem w tym samym rejonie, na odcinku ok. 500 m. W pięciu to obławialiśmy, zaliczając tylko jakieś niewielkie okonki. Sandacze się nie pokazały, w podręcznikowych miejscach szczupaków nie było. Lechola jako jedyny, już na zakończenie dnia, postanowił popróbować inaczej. Średniej wielkości rippera posyłał w główny nurt, gdzie jest najgłębiej, ale woda nie sygnalizuje obecności jakichkolwiek przeszkód na dnie. I dlatego jako jedyny zszedł z tarczą. A myśmy nie wzięli pod uwagę, że to był początek grudnia, więc drapieżniki wolały poszukać grubej, spokojnej wody. Znowu Narew, końcówka maja. Miejsce, do którego z racji podmokłego, silnie zarośniętego brzegu bardzo trudno się przedrzeć. Co więcej – to jedyne takie miejsce na odcinku ok. 150 m. Na sukces można tam liczyć najwyżej do połowy czerwca, póki roślinność zanurzona do końca nie zdominuje tej maciupkiej zatoczki lub dopiero w październiku, gdy zielsko zbutwieje. Skarpa dlatego się trzyma, że stara, zwalona przez bobry wierzba jest silnie ukorzeniona. Właśnie korzenie nie pozwoliły kolejnym przyborom na zniwelowanie cypelka. Za to, w sobie wiadomy sposób, przyroda utworzyła maciupeńką, nieco przymuloną zatoczkę z głębokością ok. 1,5 m. Obłowić ją można tylko z jednego miejsca. O jakieś 8 m niżej (w prawo) mokry brzeg nieco się podnosi, maciupkim cypelkiem wrzynając się w nurt. Tylko stamtąd można posłać wabik w taki sposób, by spadł tuż po wierzbą, nie zaczepiając o wystające gałęzie drugiej, mniejszej wierzby. Co więcej – to miejsce tylko na bezwietrzną pogodę. Najmniejszy podmuch jak nie posadzi wabika na suchych badylach, to zepchnie w stronę środka. A wystarczy, że wpadnie o metr za daleko, gdzie już się robi piaszczysta łacha, by nie było szansy na branie. Czym wabić ryby? Wirówka nr 2 lub 3 ewentualnie wobler wielkości 4-7 cm. Przy tak niewielkiej głębokości w zasadzie można spodziewać się brania w każdej partii wody, bo start na półtora metra to dla szczupaka nie problem. Wolę jednak wirówkę. Precyzyjnie podana pod pień, z racji tego, że woda w zatoczce prawie stoi, od razu dojdzie do dna, wędkarzowi pozostawiając większe pole manewru. Jednak niewykluczone, szczególnie w pogodny, letni dzień, że zębaty będzie czatował pod powierzchnią, wygrzewając się na słońcu. Toteż prędzej zaatakuje to, co ma dosłownie przed nosem, niźli zejdzie o metr niżej. Więc lepszy będzie wobler. Tu, z racji odległości, już gorzej widać miejsce. Ale trochę da się dostrzec. Zerknijcie między gałęzie uschniętego krzaka. Na środku rzeki, przy bezwietrznej pogodzie, widać wyraźne zmarszczki na powierzchni. To sygnał, że na dnie coś zalega. Owszem, to kilka głazów, tworzących śródrzeczną rafę. Na godzinę przed zmierzchem i jeszcze dwie godziny po wschodzie rafa dostaje się we władanie sandaczy. Nie tych ledwie miarowych malców, dostępnych bliżej brzegu. Tam jak już coś się skusi na gumę, to będzie to co najmniej dwójka. Ale nie tak hop-siup, że dwa rzuty i jest ryba. Sandaczy coraz mniej, a w dodatku lubią się przemieszczać. Niekiedy wyjdą na żer dopiero grubo po zmroku, najadając się w kwadrans. Czyli w czasie, kiedy da się wykonać pięć, niechby dziesięć rzutów. Jeśli nie uda się „wstrzelić” w czas ich aktywności żerowej, to na branie nie ma co liczyć. Niestety, są dwa inne problemy. Po pierwsze odległość od brzegu, sięgająca ok. 50 m. Trzeba niezłego sprzętu i sporo doświadczenia, by trafić kilka metrów przed widoczne zakłócenie nurtu i przeprowadzić gumę między głazami czy tuż obok nich. W sumie to jest dziesięć, może piętnaście metrów przebiegu wabika, kiedy można liczyć na branie. Potem to już tylko jałowe ściąganie gumy do siebie, gdy atak niemal graniczy z cudem. Problem drugi to oczywiście rwania. Tak więc znowu tylko mocna, dobrej jakości plecionka, dzięki której da się rozgiąć hak. Szarpanie na żyłce, próby odstrzeliwania, a wreszcie niemal pewne rwanie, już po pierwszym razie może wypłoszyć ryby. Czysta wędkarska poezja! Zresztą okraszona sporą dawką surwiwalowych doznań. Oto piaszczysta, najeżona korzeniami skarpa. Niemal równie gwałtownie spadające dno wygląda podobnie, też pełne uwad. Spójrzmy jednak na te zwary, wyraźnie widoczne o 10 m od brzegu. Tworzą się za wysokim cypelkiem, z którego pstryknąłem fotkę. Co więcej, z cypelka wystaje pień zwalonego, zatopionego drzewa. Też mocno ukorzenione, więc kolejne przybory nie mogą się z nim uporać. Pod warkoczem nawet do 6 m wody. Skotłowanej, płynącej stosunkowo szybko. Dno twarde, przede wszystkim żwirowe. W zatoczce bliżej brzegu już nieco płycej, ale dno równie twarde. To oczywiście królestwo sandaczy, a nocami także suma. Niestety, nocne łowy w tym miejscu tylko dla największych ryzykantów. Z wysokiej skarpy zbyt łatwo objawić się w wodzie. A tu już na drugim metrze od brzegu jest ze dwa metry rwącego, kręcącego nurtu. Tu nawet przy doskonałej widoczności, jeśli komuś chce się wędrować na styku skarpy i wody, trzeba uważać na każdy krok. Szczególnie, że burta piaszczysta, więc można widowiskowo zjechać. Jeszcze trzeba mieć na uwadze, że spadek dna jest prawie tak samo stromy, więc kąpiel w woderach może zakończyć się tragicznie. W ten dół posyłam tylko mocno obciążone gumy. 10 g zwykle nie wystarcza, by opukać dno, więc 15 g to minimum. Ale też i ostro nurkujące woblery. Nie tyle dla sandaczy, co dla szczupaków. Te siedzą bliżej brzegu, wybierając spokojniejsze rejony z mnóstwem cieni prądowych. Są i okonie, naprawdę grube. Trafiają się bardzo rzadko, ale gdy się któryś połakomi na sandaczową gumę, to nie ma mniej niż 30 cm. Owszem, kręci się ich trochę przy samej burcie, niemniej będą to sztuki nie większe niż 25 cm. Spójrzmy jeszcze na ledwie widoczne, na dalszym planie, patyki wystające z wody, te pod pochylonym drzewem. Na kolejnej fotce to samo, z przybliżenia. Pomyśleć, ledwie ze 20 m dalej, a taka zmiana nastroju. I rybostanu. Tu już maleńkie królestwo jazi. Co prawda nie łowię ich w sposób celowy, niemniej miło siąść i popatrzeć, gdy zaczną oczkować tuż przy patykach i odrobinę za nimi. Poczekałem kiedyś, schowany za krzakiem. Uff! Pokazywały się kabany po 2 kg, może nawet więcej. Kilka mniejszych sztuk, na przestrzeni paru lat, przypadkiem jednak się trafiło. Przypadkiem, bo celowałem w lubiące się tam zakręcić okonie. Niekiedy podchodzą niewielkimi stadkami takie „patelniaczki” po ok. 25 cm. One też lubią się posilić drobnicą buszującą między patykami a brzegiem. Niestety, wiaterek był dość silny, więc na zmarszczonej wodzie niewiele widać. Po uważnym wpatrzeniu się (nie w Olgierda, ona tam tylko gumy koncertowo rwał) można dostrzec niewielkie zakłócenia nurtu, widoczne dokładnie nad kapeluszem Ola. Tu, na odcinku kilkudziesięciu metrów, rzeka załamuje się nad serią zwalonych, leżących w poprzek nurtu, potężnych pni. Prawdopodobnie dęby. Miejsce mało uczęszczane, bo dojechać nie sposób (kopny piach), grunciarskiego czy spławikowego majdanu nie chce się dźwigać przez kilkaset metrów. W dodatku łowisko piekielnie przynętochłonne. Nawet przy mocnej plecionce trzeba się liczyć z wielkimi stratami. Czy warto? To na pewno królestwo sandaczy, także i grubych sumów. Oczywiście trzeba jeszcze trafić w czas aktywności żerowej. I oczywiście być zaopatrzonym w spory zapas przynęt, tudzież odporność psychiczną na szybkie uszczuplanie zawartości pudełek. Można też odpuścić sandaczom i przy pomocy woblerów czy wirówek zapolować, tuż przy skarpie, na szczupaki i okonie. Dość gwałtowny spad tuż przy brzegu, obfitujący w liczne występy czy oderwane od skarpy kępy darni, stanowią znakomitą bazę wypadową dla lubiących maskowanie drapieżników. Dlatego pamiętać należy o jeszcze jednym: przypony antyzębowe. I Olo się zdziwił, i ja też, gdy dosłownie pod nogami, przy ściąganiu gum posyłanych między zwalone pnie, zaatakowały szczupaki. Pstryk! – i po zawodach. Wiem, że rwanie na pniach, gdy suma strat jest powiększana o nietanie przypony fluokarbonowe, staje się zdecydowanie bardziej bolesne. Ale coś za coś. Czyż bowiem nie boli, gdy dwójkowy szczupak, po paru godzinach bezskutecznego biczowania wody, obcina jedną z ostatnich gum? Oto woda – marzenie dla wyznawców wszystkich „jedynie słusznych” metod wędkowania. To okolice wsi Ponikiew, lewy brzeg. I ubiegłoroczne zawody spławikowe z cyklu Maver Cup. Zwróćcie uwagę na ten długi, łagodny łuk. Ciągnie się on jeszcze wyżej, poza kadr, zaś niżej jest jeszcze z pół kilometra takiej samej wody. To bardzo długa, żwirowo-piaszczysta, miejscami kamienista, przybrzeżna rynna o głębokości 3-4 m. W wakacje szalenie trudno znaleźć tam wolne miejsce, bo na całej długości, czyli prawie 2 km brzegu, wyrasta miasteczko namiotowe, ale do czerwca, potem od września, to raj dla wszelkiej maści wędkarzy. Spinningista, jeśli chce obłowić każdą z ciekawszych miejscówek, nie wyrobi się w ciągu jednego dnia. Jest tu bowiem tak wiele miejsc, że szalenie trudno się zdecydować, gdzie stanąć. A w każdym z nich można popróbować gum wszelkiej maści, woblerów i praktycznie wszystkich przynęt, które człowiekowi udało się wymyślić. Bywa, że przy tym samym zwalonym drzewie tuż pod burtą czai się szczupak, nad jego głową, przy gałęziach, urzęduje stadko jazi czy kleni, walnie boleń. Dziesięć metrów dalej, już w rynnie, warto poszukać sandacza, a i sum się trafi. Ale w tej rynnie kręcą się też i grube szczupaki, nieobecne przy brzegu, więc przeciwzębowy przypon staje się koniecznością. Niestety, ten odcinek czasy świetności ma już za sobą. Od początku lat 90 wali tam całe środkowe i północno-wschodnie Mazowsze, a widywałem już rejestracje wielkopolskie czy poznańskie. W dodatku to rejon, gdzie niemal w każdy weekend odbywają się zawody, głównie spławikowe. Toteż kilkusetmetrowe odcinki brzegu bywają wyłączone z wędkowania. Jak wspomniałem – już po czasach świetności. Chyba człowiek nie zdołał wymyślić nic, czego tamtejsze ryby nie widziały. Codziennie sypią się do wody setki kilogramów zanęt, codziennie śmiga w toni kilka setek wszelkiej maści przynęt spinningowych. Dopiero jesienią, gdy presja zmaleje i brzegi opustoszeją, naprawdę warto tu zapolować. Na gruby białoryb lub coraz bardziej nieliczne, lecz stosunkowo spore drapieżniki. Miejsce z pozoru nieciekawe, prawda? To akurat królestwo Bysiora, czyli Borsuki n. Narwią. Tyle, że do tego „królowania” przyznawać się będzie co najmniej kilkuset innych wędkarzy, tłumnie walących tu przez cały sezon. Szczególnie, że tuż obok jest rybaczówka PZW, z możliwością wynajęcia pokojów i stołowania się w stosunkowo niedrogiej knajpce. Wróćmy do miejsca. Otóż tu na powierzchni wody prawie nic nie widać. Prawie żadnych załamań, zawirowań itp. A to dlatego, że tuż przy brzegu zaczyna się gwałtownie opadająca, prosta, twarda rynna. Trzeba stanąć tuż nad wodą, by dostrzec, że pierwsze trzy metry to łagodny, piaszczysty skłon, który niemal natychmiast zamienia się w gwałtowny spad. O czym zresztą Tomek się przekonał, wykonawszy o jeden krok za daleko. Co poskutkowało jesienną kąpielą, w opakowaniu, aż prawie do ramion. Mnie się udało, bo zrobiłem tylko pół kroku za daleko i miałem wodę w jednym z woderów. Zapewniam jednak, że wyjść bardzo trudno. Piaszczysty, gwałtowny spad jest stosunkowo miękki, więc podchodzenie pod górkę, szczególnie gdy w woderach pełno, staje się arcytrudnym zadaniem. To jedno z nielicznych miejsc, gdzie z braku charakterystycznych śladów na wodzie, a też z racji tego, że na kilkuset metrach brzegu dno jest niemal niezmienne, nie trzeba zbyt mocno kombinować z przynętami. Zważywszy na fakt, iż można tu liczyć praktycznie na wszystkie ryby spinningowe, dobór wabika determinowany będzie przez to, na jaki gatunek się nastawimy. Jeśli jaź, kleń, okoń czy niezbyt duży szczupak, to raczej blisko brzegu, przy linii roślinności wodnej, na spadzie. Jeśli grubszy szczupak, sandacz czy sum, to oczywiście ciężej i dalej, w głównym nurcie. I jeszcze boleń: te biją praktycznie na całej szerokości rzeki. Zwykle im bliżej brzegu, tym mniejsze. Podręcznikowe miejsce, prawda? A figa! Dwie mini zatoczki, rozgraniczone przez wystającą skarpę, są niemal zupełnie jałowe. Ponad dwadzieścia lat tam zaglądam, mając na rozkładzie z tych miejsc najwyżej ze trzy szczupaczki i trochę drobnych okoni. A wszystko przez układ dna, łatwy do sprawdzenia przy pomocy mocno obciążonej gumy. Otóż przybrzeżny spadek, który zdaje się dość ostry, natychmiast się kończy prawie płaskim blatem z metrową wodą. Dopiero z piętnaście metrów dalej zaczyna się kolejny, dość stromy schodek do czterometrowej, piaszczystej rynny. Jednak próżno w niej szukać drapieżników. Za to warto stanąć z bolonką, znaleźć tę oddaloną rynnę, dokładnie wygruntować i... naprzód! Jeśli precyzyjnie położy się mocno obciążoną i sklejoną zanętę w sporej ilości, to jest szansa na ściągnięcie grubych leszczy i płoci. Ze spinningiem nie ma po co wchodzić. Najwyżej, jak ja czasem to czynię, na kwadrans zaglądam tylko by się kolejny raz przekonać, że tracę czas. Nie wszystko złoto, co się świeci. Dlatego, na powierzchni nurtu nie widać nic, co mogłoby sugerować układ dna, nieodzowne jest wykonanie kilku, kilkunastu rzutów sondażowych. W tym miejscu woda wygląda niemal identycznie jak w poprzednio opisanym miejscu w Borsukach. Jednak już pierwsze kilka pociągnięć mocno obciążoną gumą pozwolą się przekonać, jak wielkie są różnice. Urokliwy zakątek, urokliwy widoczek, prawda? Warto być nad wodą o świcie, nie tylko z powodu ryb. Warto też się przedzierać przez gęstwinę krzaków, pokrzyw, jeżyn, dzikich malin, mokradło, gdzie nogi zapadają się w błocku do połowy łydki. Czy aby na pewno warto? W prawym dolnym rogu widać rzadkie listki. Tam, a jeszcze i kilka metrów dalej, w stronę środka, nie ma nawet metra wody. To się ciągnie na odcinku kilkuset metrów. Nawet o ukleję tu trudno, a cóż dopiero o drapieżnika. Więc po co przedzierać się przez krzaki? Spójrzmy więc w lewy dolny róg fotki. Przy samej krawędzi kadru, mimo lekkiego sfalowania powierzchni, widać niezbyt wyraźne zakłócenie nurtu. A to dlatego, że jest tam twarda, poprzeczna przykosa. Dno dość gwałtownie opada o 30-40 cm. Druga taka jest o ok. 400 m niżej. Obie mają ten sam charakter: zwykle siedzi tam przynajmniej jeden szczupak dyżurny, niekiedy kilka okoni – patelniaków i lubi zakręcić się boleń. Co ciekawsze – od czasu, gdy to odkryłem, czyli już z piętnaście lat, skuteczne bywają tam tylko dwie przynęty: DAM Libelle nr 2 o złotawej paletce i Salmo Minnow 6 cm imitujący bodajże strzeblę, ale od biedy kiełbiopodobny. Ewentualnie okoń, jeszcze czasem skusi się na „lepperkę” nr 1 lub 2. Jak to odkryłem? Włączył mi się szwendacz, to i znalazłem przejście przez krzaki. A to ze 300 m przedzierania się przez totalny sajgon. A przejście tylko jedno. Nie chciało mi się przedzierać z powrotem, więc będąc w spodniobutach, postanowiłem pójść przy brzegu. Szybko trafiłem na pierwszą przykosę i jeszcze szybciej wydłubałem stamtąd dwa szczupaki. Jeden pod dwójkę, drugi niewiele ponad wymiar. Poszedłem więc dalej, znajdując i drugą. Znowu szczupak. Ale... tak lekko nie ma. Mogłem albo wrócić do miejsca wejścia, albo iść dalej i poszukać możliwości wyjścia. Znalazłem, o kolejne pół kilometra dalej. Rzadko tam zaglądam, a to z racji trudności z przejściem. Mając też świadomość, że jeśli tamtejsze szczupaki są chwilowo nieobecne lub bez apetytu, to mam przynajmniej trzy godziny bezproduktywnego brodzenia po zarośniętej, miejscami grząskiej płyciźnie. I oto mamy maj i rozlewiska w Pogorzelcu. Kawał pięknej, przebogatej, urozmaiconej wody. Zdawałoby się, że każdy spinningista może się tam wyszaleć. Być może, ale nie w maju. Dopóki grążele nie zaczną wystawać na powierzchnię, dopóki między liśćmi a powierzchnią zostaje choć ze 20 cm wody, to praktycznie nie ma czego szukać na otwartej, głębszej wodzie. Lwia część zębatych urzęduje w gąszczu młodych liści. Na wyścigi z drobnymi okonkami obżerają się wylęgiem (prawy dolny róg fotki, na tle żółtego liścia). Nie muszą się uganiać, wystarczy w odpowiednim momencie otworzyć paszczę i zassać kilka, nawet kilkanaście takich „przecinków”. To jakby śniadanie podane do łóżka. Lecz gdy się trafi coś nieco większego, powoli przechodzącego tuż nad czatownią, w zasadzie nie powodując konieczności długiego skoku, to jeszcze lepiej. A tym „czymś” okazały się prowadzone pod samym wierzchem wirówki. Wodnick postawił wówczas na Black Furry nr 2, ja niezmiennie trzymałem się „lepperki” nr 3. W zasadzie wyniki mieliśmy niemal identyczne, czyli ok. 10 podwymiarków. Ale wreszcie trafił się i taki: Kilka dni później, z tego samego miejsca, choć grążele zdążyły podrosnąć i trudniej było poprowadzić blaszkę, trafił się ciut mniejszy. Tymczasem, co usłyszeliśmy od przystaniowego, do wielkiej rzadkości należało, by ktokolwiek zszedł nawet z ledwo miarowym szczupaczkiem. Bo większość wolała szukać głębiej, na otwartej wodzie. Skąd najwyżej dało się na paprocha wydłubać jakieś okoniątko. Tam zębate zaczęły zagryzać dopiero od połowy czerwca. Niestety, rok później, w tym samym grążelowisku, przy takich samych warunkach atmosferycznych, nie połowiliśmy. Zaledwie kilka szczupaczątek nie przekraczających nawet połowy wymiaru. Gdzie były te większe? Nie wiadomo. Na głębszej wodzie też ich nie było. Może więc tylko nie miały apetytu? Dodam, że w podobne grążelowiska lubię się zapuścić w środku lata, w słoneczne dni, ale musi być bezwietrznie, by falująca woda nie płoszyła wygrzewających się drapieżników, a wąskie tunele między liśćmi były doskonale widoczne. Warunek drugi – mocny sprzęt. Letnie grążele są już bardzo mocne, więc nawet na plecionce trudno je zerwać. Dlatego zestaw musi gwarantować możliwość błyskawicznego, siłowego wyholowania ryby. I ostatni warunek: precyzja rzutu i prowadzenia. Trafiać trzeba niekiedy w dwudziestocentymetrowe przerwy między liśćmi, prowadzić zygzakami, omijając plątaninę łodyg, w tunelach mających nie więcej niż pół metra szerokości. Rewelacyjnie może być wtedy, gdy uda się położyć blaszkę na liściu. Jeśli schował się pod nim zębaty, to z pewnością zainteresuje się, co mu pacnęło nad głową, a gdy sekundę później delikatnie ściągnięta blaszka zamigocze w opadzie tuż przed nosem, to atak jest niemal pewny. Nie polecam tej sztuczki nikomu o kiepskim refleksie i słabych nerwach. Pół sekundy spóźnienia z zacięciem przyniesie tylko gwałtowny skok adrenaliny i kocią mordę. Na koniec skrótowo zerknijmy jeszcze na znacznie mniejszą, za to bez porównania czytelniejszą, niewielką rzeczkę. Nieciekawe, prawda? W dodatku zachmurzone, grożące deszczem niebo, zaroszone trawy odstraszające nieprzyjemną, chłodną wilgocią... Spójrzmy jednak na to drzewko po lewej stronie. Po przejściu stu, czy więcej metrów brzegiem, skąd widać tylko pół metra wody nad piaskiem i prawie żadnego życia, nagle trafiamy na dołek ok. 1,5 m. Można popróbować i spinningu, bo w tym dołku niemal na pewno siedzi szczupak. Wolałbym jednak jedną leciutką, krótką wędkę z maciupkim spławikiem i równie króciutką wędkę żywcową. Najlepiej z kiełbiem, choć na upartego może być i płotka. Pod spławik – żadnej zanęty! Najwyżej pół garstki rozmoczonych płatków. Na haczyk zaś najlepiej kulka ciasta. Lubią to płocie. Niewielkie, zwykle maks. 25 cm. Jedynie wiosną, gdy wejdą tu ryby na tarło, można powojować z takimi 25-35 cm, ale trwa to najwyżej 2 tygodnie. Białe robaki nie będą się cieszyć wzięciem. Na czerwonego czy ochotkę owszem, płoć się skusi, ale szybsze będą okoneczki i jazgarze, więc szkoda nerwów i czasu. Takie strugi mają jednak wielce pozytywną cechę. Otóż raz namierzony dołek niemal zawsze pozostanie w danym miejscu. Nawet trzymetrowe przybory nie są w stanie go zmienić. Owszem, może naniesie tam z 10 cm piasku, może o tyle samo zrobi się głębiej, niemniej w podobne miejsca, raz rozpracowane idzie się jak po swoje. Co ciekawsze – niemal zawsze stoi tam dyżurny szczupak. Na większego niż kilóweczka nie ma co liczyć. Ciekawe jednak, że po zabraniu jednego już następnego dnia zadomowi się tam kolejny, taki sam czy ciut mniejszy. Jeszcze jedno, jeśli przez kwadrans nie ma brań lub skubie tylko drobnica, to trzeba wędrować do następnego dołka. Odrobinę szersza rzeczka, kryjąca tysiące niespodzianek. Przepiękna, ale szalenie wymagająca. To nic, że zaraz za tym ukośnym pniem, dzięki krystalicznie czystej toni, dostrzeżemy ponad dwa metry wody, że idąc prawym brzegiem, zaglądając między krzaki porastające zakole, dostrzeżemy każdy szczegół i każdą rybę w miejscach niewiele płytszych, że choć czasem trzeba podawać przynętę „spod siebie”, bo krzaki przeszkadzają, to precyzyjnie możemy obłowić każdy pień, każdy zatopiony krzak, każdy dołek. Przy rzutach na 5-7 m, gdy jeszcze w polaroidach widać każdy ruch przynęty i każdą przeszkodę, można poprowadzić z dokładnością do kilku centymetrów. Problem w czymś innym. Ano w tej czystości właśnie. Każdy ruch na brzegu, każde trzaśnięcie patyka pod nogami, każdy chlupot i zmącenie lustra spowodowane brodzeniem, każdy cień padający na wodę, łączą się z nieodwracalną, błyskawiczną ucieczką ryb z promienia co najmniej kilkunastu metrów, a zważywszy jeszcze na wysokość i stromiznę brzegu oraz fakt, że przez porastające je mnóstwo roślin nie da się zejść po cichu, o rybach prawie można zapomnieć. Nie uciekną tylko drobne okonie i ciekawskie jelce, dosłownie pod nogami gotowe postukiwać w przynętę. A już to: to po prostu szczyt zaniedbania i braku myślenia. Niechby tam wówczas wrzucić i wiadro rybich smakołyków, to i tak by podeszły, być może, nie wcześniej niż pół godziny po odejściu bałwana, który, widocznym będąc jak na świeczniku, gimnastykował się rybom nad głowami. Dodam, że tym bałwanem okazałem się ja... ale cóż, jak się kilka godzin głęboko brodzi w piekielnie zimnej wodzie, a jeszcze kiedy nieustannie dmucha przeraźliwie zimny, porywisty, wschodni wiatr, to z powodu wychłodzenia mogły się skurczyć zwoje mózgowe... Niemniej i z tego mam nauczkę, wielce wskazaną nie tylko tam, lecz głównie na pstrągowych siurkach: jeśli to możliwe, to nie wchodzić do wody. Do maskowania się wykorzystywać każdy pień, każdą większą gałąź, krzak dzikich malin czy nawet kępę wysokiej trawy, a każdy krok stawiać tak, by nie trzasnęła żadna gałązka, nie zaszeleściło zielsko nieostrożnie rozgarniane butami. Cóż bowiem nawet i z mistrzostwa w czytaniu wody, skoro ryby uciekną, zanim człek zdąży podejść i popatrzeć? Wiele lat zajęło mi zrozumienie, jak ważnym elementem jest rozpoznanie wody. Nawet mimo tego, że ten odcinek (na fotkach z Narwi są powszechnie znane miejscówki z Gnojna, Ponikwi, Chmielewa, Lipy, Borsuków, wreszcie z obrzeży Pułtuska), liczący sobie ze dwadzieścia kilometrów biegu rzeki, z każdym rokiem stanowi dla mnie zbiór zagadek. Zrozumienie nadchodziło powoli, a jego postęp stał się odwrotnie proporcjonalny do malejącego pogłowia ryb i gwałtownie rosnącej presji wędkarskiej. Dawno skończyły się czasy, że miejscowy na widok stołecznej rejestracji robił wielkie oczy, a kiedy to złowienie kompletu szczupaków czy sandaczy w zasadzie nie było problemem. Kiedy dziwnym było, że z nocnej zasiadki nie trafił się sum czy kilka węgorzy, bądź przyzwoity sandacz. Ale wówczas w zasadzie nie było potrzeby pieczołowitego, cierpliwego poznawania wody. Miałem kilka miejsc bankowych, z dobrym dojazdem i dostępem do wody. Nie trzeba było uganiać się po mokradłach i krzakach, by skutecznie połowić. Jedno miejsce, najwyżej pięć i materiał na pyszną kolację był. Proces wyrybiania zaczął się na początku lat 90, gdy wpuszczono sieciarzy. Trzech lat wystarczyło, by sytuacja dramatycznie się pogorszyła. Gdy sieciarzy pogoniono, zaczął się powolny wzrost, lecz trzy lata temu wrócili, a dzierżawca tego obwodu rybackiego, czyli ZO PZW Mazowsze, głęboko w... ma głosy dziesiątków tysięcy wędkarzy. Wolą dać zarabiać dwom uprawnionym rybakom, łowiącym w tym rejonie, niźli uwzględnić głosy ludzi, za których składki mają pensje, delegacje, służbowe samochody itp. Stąd właśnie bierze się konieczność szukania czegoś dla siebie. Rozpracowywania niby niepozornych, niekiedy trudno odnajdywalnych miejsc, trudno dostępnych. W obliczu narastającej presji rybackiej i wędkarskiej po prostu chyba nie mamy innego wyjścia. Nawiązując do poprzedniego tekstu, o miejscach niby tajemnych, dopowiem jeszcze jedno. W większości narwiańskich miejsc, prezentowanych wyżej, nie jestem w stanie w kilku zdaniach określić ścieżki dostępu do nich. Weźmy fotkę z pajęczyną rozciągniętą na widełkach uschniętego pnia. Otóż samo trafienie do ścieżki, to ze sto metrów marszu między krzakami. Ścieżki nie ma, śladów nie ma. To tylko optyczna pamięć kilku charakterystycznych drzewek i krzaków. Gdzie i sam, pierwszy raz będąc w danym sezonie, miewam spore trudności z odnalezieniem drogi. Krzak podrósł, bobry ścięły ze dwa drzewa i dziękuję. Czasem z pół godziny motam się między krzakami i pokrzywami, zanim odnajdę właściwy kierunek. I tak jest co roku – trzeba na nowo odkrywać, odczytywać, sondować, rozpoznawać dno i układ nurtu, z rozczarowaniem konstatować, że znikł jakiś krzak moczący się niedawno w wodzie, że kawałek dalej nurt czy bobry położyły inne krzak czy drzewo... Ot, po prostu uroki wędkowania w dużych rzekach. Andrzej Bombola *Bombel* Przegląd komentarzy do art. 181 §1 kodeksu karnego Art. 181 §1 ustawy z dnia 6 czerwca 1997 r. Kodeks karny ( z dnia [dalej: „kk”] wskazuje, iż: kto powoduje zniszczenie w świecie roślinnym lub zwierzęcym w znacznych rozmiarach, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5. Jak wskazano w odpowiedzi podsekretarza stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości – z upoważnienia ministra – na interpelację nr 390 w sprawie „nieprecyzyjności art. 182 ustawy Kodeks karny skutkującej niepociąganiem do odpowiedzialności sprawców zanieczyszczenia środowiska” jeżeli zachowanie sprawcy polega na dokonanym zniszczeniu w świecie roślinnym lub zwierzęcym w znacznych rozmiarach, to odpowiedzialność karna sprawcy takiego czynu będzie rozpatrywana na gruncie art. 181 § 1 Kodeksu karnego. Wprawdzie pojęcie ˝szkody w znacznych rozmiarach˝ nie jest zdefiniowane w Kodeksie karnym, jednak w świetle opracowań w literaturze prawniczej oraz w orzecznictwie nie powinno ono nastręczać trudności interpretacyjnych. Kierując się powszechnie akceptowanymi metodami wykładni prawa, przyjąć trzeba, że dla określenia rozmiaru szkody znaczenie ma przede wszystkim rozległość przestrzenna szkody, a nie jej wartość kwotowa. Tak więc, przykładowo, zagrożenie lasu na obszarze kilku hektarów, zagrożenie ryb w rzece, jeziorze, stawie itp. wyczerpie znamię zagrożenia świata roślinnego lub zwierzęcego w znacznych rozmiarach. Zgodnie z Komentarzem (wyd. VII) do kk pod redakcją Marka Mozgawa przez zniszczenie należy rozumieć spowodowanie śmierci zwierzęcia lub rośliny (por. wyrok SN z dnia 24 czerwca 1993 r., III KKN 98/93, OSNKW 1993, nr 9-10, poz. 84; Górniok (w:) Górniok i in., t. 2, s. 171); przez uszkodzenie – naruszenie materii zwierzęcia lub rośliny. Czynu można się dopuścić zarówno przez działanie, jak i przez zaniechanie (Radecki (w:) Wąsek I, s. 611). Zaś znamieniem występku z § 1 są znaczne rozmiary zniszczenia, stanowiącego skutek czynu (przestępstwo materialne). Kryterium przyjęcia, czy zniszczenie ma znaczne rozmiary, jest przestrzenna wielkość zniszczonych lub uszkodzonych obiektów przyrody (por. wyrok SN z dnia 27 lipca 1984 r., IV KR 176/84, OSNPG 1985, nr 3, poz. 34; Bogdan (w:) Zoll II, s. 549-550; Górniok (w:) Górniok i in., t. 2, s. 171; Radecki, Ochrona gatunkowa…, s. 49-50; Radecki (w:) Wąsek I, s. 611; Nalewajko (w:) Królikowski, Zawłocki, Szczególna I, s. 450). W komentarzu do art. 181 §1 kk pn. „Administracja publiczna – człowiek a ochrona środowiska. Zagadnienie społeczno-prawne, pod redakcją: Marek Górski, Jolanta Bucińska, Monika Niedziółka, Roman Stec, Dorota Strus (Oficyna Wolters Kluwer business) czytamy również, iż: przedmiotem ochrony […] jest świat roślinny i zwierzęcy. Warto przy tym zauważyć, że pojęcie świata roślinnego i zwierzęcego nie są obecnie używane w polskim ustawodawstwie poza kodeksem karnym. Powodowanie zanieczyszczeń jako czynność wykonawcza polegać może na rozmaitych formach zachowania prowadzących do odpowiadającej znamionom czynu zabronionego dewastacji w świecie roślinnym i zwierzęcym. Ich katalog jest w praktyce nieograniczony […]. W kontekście art. 2 nie budzi wątpliwości, iż mimo że zwroty użyte ramach omawianego przepisu intuicyjnie zdają się wskazywać na działanie, przestępstwa tu opisanego dopuścić się można także w formie zaniechania […]. Odpowiedzialności z art. 181 §1 podlega nie jakiekolwiek zanieczyszczenie w świecie roślinnym lub zwierzęcym, ale jedynie takie, którego następstwem jest zniszczenie w znacznych rozmiarach, czyli zniszczenie znacznej liczy roślin czy zwierząt na większym obszarze. Należy przez to rozumieć spowodowanie nieodwracalnych strat, które dotknęły wielkich obszarów roślinności (np. wycięcie lub doprowadzenie do wyschnięcia kilku hektarów lasu) albo wytrucie dużej liczby zwierząt (np. wytrucie ryb w jeziorze lub w stawie hodowlanym). W związku z tym każdorazowo należy odnosić spowodowaną szkodę do rzeczywistej szkody w zasobach świata roślinnego i zwierzęcego na konkretnym terenie, w konkretnych realiach przestrzenno-czasowych. Podobne stanowisko wyraża w swoich orzeczeniach Sąd Najwyższy, stwierdzając, iż o znacznych rozmiarach strat nie decyduje wielkość pieniężna strat, ile ich rozmiary. Nadto w publikacji Ius Novum 1/2008 ISSN 1897-5577 Oficyny Wydawnicza Wyższej Szkoły Handlu i Prawa im. Ryszarda Łazarskiego, w części autorstwa prof. dra hab. Wojciecha Radeckiego przeczytać można: Niszczenie roślin oraz zwierząt można i trzeba oceniać jako przestępstwo, ale dopiero po przekroczeniu owego progu „znacznych rozmiarów” czy też „istotnej szkody”. Bezspornie są to znamiona ocenne i zarazem nieostre. Powstaje przeto pytanie, czy można je „wyostrzyć”, sięgając chociażby do art. 115 § 5–7 wprowadzającego znamiona liczbowe w ten sposób, że najpierw definiują mienie znacznej wartości – przekroczenie dwustukrotnej wysokości najniższego miesięcznego wynagrodzenia (art. 115 § 5) i mienie wielkiej wartości – przekroczenie tysiąckrotnej wysokości najniższego wynagrodzenia (art. 115 § 6), po czym nakazują stosowanie tych mierników do określeń „znaczna szkoda” oraz „szkoda w wielkich rozmiarach” (art. 115 § 7). Próba „wyostrzenia” znamion z rozdziału XXII poprzez odwołanie się do art. 115 § 5–7 nie byłaby uzasadniona, co wynika z jednej z fundamentalnych dyrektyw wykładni prawa, opierającej się na założeniu, że w języku prawnym nie ma synonimów. Tę dyrektywę J. Wróblewski ujmował w sposób następujący: „Bez uzasadnionych powodów nie powinno się przypisywać różnym terminom tego samego znaczenia”15. W art. 181 § 1 i 4 oraz w art. 182-185 mamy „rozmiar”, a nie „wartość”, a w art. 181 § 2, 3 i 5 oraz art. 187 mamy szkodę „istotną”, a nie „znaczną” ani „w wielkich rozmiarach”. Nie ma żadnych uzasadnionych powodów przypisywania różnym terminom tego samego znaczenia, wprost przeciwnie – swoistości zniszczeń i szkód w świecie roślinnym i zwierzęcym są tak znaczące, że próba ich sprowadzenia do kryterium ilościowego biorącego pod uwagę „wartość” nie miałaby żadnego uzasadnienia. Zniszczenia i szkody w świecie roślinnym lub zwierzęcym są pod względem „wartości” wyrażonej w pieniądzu trudno mierzalne, a z reguły w ogóle niemierzalne. Dalej wskazano: przed wyprowadzeniem ostatecznych wniosków warto sięgnąć do rozwiązań spotykanych w nieco zbliżonej grupie przestępstw, jakimi są przestępstwa przeciwko bezpieczeństwu powszechnemu. Najbardziej typowym przykładem takiego przestępstwa jest sprowadzenie pożaru. Art. 138 § 1 z 1969 r. zawierał znamię zagrożenia pożarem mienia w znacznych rozmiarach, art. 163 § 1 pkt 1 z 1997 r. zawiera znamię zagrożenia pożarem mienia w wielkich rozmiarach. Orzecznictwo sądowe i literatura na gruncie z 1969 r. doszły do w zasadzie powszechnie aprobowanego wniosku, że pojęcie mienia znacznej wartości i mienia w znacznych rozmiarach nie mogą być uznane za jednoznaczne. Przepis art. 138 nawiązuje bowiem nie do wartości mienia, lecz do jego rozmiarów. Nie inaczej jest na gruncie kodeksu obowiązującego. Najważniejsze z tego punktu widzenia orzeczenie sądowe to uchwała Sądu Najwyższego, której teza głosi: Zawarte w dyspozycji art. 163 § 1 znamię mienia w wielkich rozmiarach odnosi się do cech przestrzennych substancji materialnej objętej zagrożeniem – nie wyraża natomiast warunku odpowiedzialności w postaci określonej wartości tego mienia. Myśl ta ma za sobą długą tradycję, a także wsparcie w doktrynie rozwijającej się już na gruncie obowiązującego kodeksu. Tak więc „rozmiary” są interpretowane w znaczeniu przestrzennym, a nie „wartościowym”. Nie ma powodu, aby znamię zniszczenia w świecie roślinnym lub zwierzęcym w znacznych rozmiarach interpretować inaczej niż przestrzennie. […]. Spójrzmy zatem na poglądy komentatorów kodeksu karnego, którzy starali się pojęcie „znacznych rozmiarów” jakoś doprecyzować. Przegląd poprowadzę w chronologicznej kolejności ukazywania się komentarzy. W komentarzu autorstwa J. Wojciechowskiego pod art. 181 znalazło się następujące wyjaśnienie: „Odpowiedzialności z art. 181 podlega nie jakiekolwiek zniszczenie w świecie roślinnym lub zwierzęcym, ale jedynie zniszczenie w znacznych rozmiarach, czyli takie, którego następstwem jest zniszczenie znacznej liczby roślin czy zwierząt na większym obszarze”. W komentarzu R. Górala odnośny jego fragment do art. 181 jest opatrzony następującą uwagą: „w znacznych rozmiarach – należy przez to rozumieć zniszczenie dużej ilości roślinności czy zabicie większej liczby zwierząt” Komentarz pod redakcją A. Zolla zawiera wywód autorstwa G. Bogdana pod art. 181 że „Zachowanie podmiotu czynu zabronionego winno cechować się uciążliwością dla całej biosfery, w szczególności zaś dla ekosystemu, którego naturalna równowaga zostaje zakłócona przez czyn zabroniony. Uciążliwości te nie mogą jednak występować nie tylko na skalę lokalną, lecz winny obejmować skutki istotne globalnie, godząc w byt biologiczny określonych gatunków roślin, zwierząt lub specyficznych ekosystemów”. W innym komentarzu O. Górniok pod art. 181 zawarła tezę 5 w brzmieniu: „Zniszczenie to musi przybrać znaczne rozmiary. Kryterium oceny tych rozmiarów, podobnie jak w wykładni tego zwrotu powtarzającego się w typach przestępstw przeciwko bezpieczeństwu powszechnemu, jest nie tyle wartość majątkowa, co wielkość zniszczonych zasobów świata roślinnego lub zwierzęcego” . Komentarz A. Marka w tezie 2 do art. 181 zawiera myśl, że: „Do znamion przestępstw określonych w § 1 i 4 art. 181 należy skutek w postaci zniszczeń „w znacznych rozmiarach”. Należy przez to rozumieć spowodowanie nieodwracalnych strat, które dotknęły wielkich obszarów roślinności (np. wycięcie lub doprowadzenie do wyschnięcia kilku hektarów lasu) albo dużej liczby zwierząt (np. wytrucie ryb w jeziorze lub stawie hodowlanym)”. W świetle orzecznictwa Sądu Najwyższego nie tyle decyduje o tym wielkość pieniężna strat, ile ich rozmiary. Jeszcze inną koncepcję zaprezentowali J. Kaczmarek i M. Kierszka. Ich zdaniem: „zniszczenie w świecie roślinnym lub zwierzęcym w znacznych rozmiarach” obejmuje także przypadki, w których będziemy musieli przeanalizować „rozmiar” pod kątem znaczenia roślin czy zwierząt, czyli zbadać kwestię podlegania ochronie gatunkowej i częstotliwości ich występowania. Trudna bowiem do przyjęcia byłaby sytuacja, w której z art. 182 zakwalifikowano by czyn sprawcy, który zagroził zniszczeniem w jeziorze populacji pospolicie występujących ryb, którą stosunkowo łatwo można byłoby odtworzyć, natomiast nie odpowiadałaby z tego artykułu osoba, która zagroziła takim samym czynem kilku żółwiom błotnym, które występują w Polsce już w bardzo niewielkiej ilości. A jak jest z Linem czy z Jaziem ? . Mi jak łowiłem dwa Jazie takie po 25 i 27 cm udało się złowić ale wypuściłem . Miałem przerwę w łowieniu na tym zbiorniku i zmiany jaki zostały wprowadzone nie bardzo rozumiem , więc lepiej wolę się zapytać niż zrobić coś niezgodnie z obowiązującymi przepisami . Czy mam rozumieć że wymiar jaki można zabrać na zbiorniku (Ożanna) to Karp 35 – 70 cm , Sandacz 50 –70 cm Szczupak 50 – 80 cm , a Lin , Jaź i inne ryby to zgodnie z regulaminem RAPR . Jeszcze jedna sprawa mnie interesuje a mianowicie od Stycznia do Listopada Karp , Lin , Szczupak , Sandacz zgodnie z regulaminem RAPR 3 sztuki łącznie można zabrać , a od 1 Listopada do końca roku po jednej sztuce łącznie można zabrać ? Jeżeli ktoś jest dobrze poinformowany o takich zmianach to miło by było aby coś szerzej napisał na ten temat i z góry dziękuję . Środki stylistyczne Rodzaje środków stylistycznych Każdy wiersz może obfitować w rozmaite środki stylistyczne (zob. wiersze poetów baroku), może być ich również prawie całkowicie pozbawiony. Czasem już pobieżna analiza tekstu wystarczy, by określić, co jest w nim dominantą stylistyczną (nagromadzenie anafor, instrumentacji głoskowych, a może kontrast? Wyróżniamy cztery rodzaje środków stylistycznych: fonetyczne, morfologiczne, składniowe i leksykalne. I. FONETYCZNE - instrumentacja głoskowa (eufonia) - celowe powtarzanie tych samych głosek w bliskim sąsiedztwie, np. w wierszu "Epitafium Rzymowi" Mikołaja Sępa Szarzyńskiego: "Ty, co Rzym wpośród Rzyma chcąc baczyć pielgrzymie,/ a wżdy baczyć nie możesz w samym Rzyma Rzymie,/ patrzaj na okrąg murów i w rum obrócone (...)" I inny przykład: "W rzece Heraklita/ ryba łowi ryby/ ryba ćwiartuje rybę ostrą rybą, ryba buduje rybę, ryba mieszka w rybie,/ ryba ucieka z oblężonej ryby". (W. Szymborska, "W rzece Heraklita") Jedną z odmian instrumentacji głoskowej jest aliteracja, czyli powtarzanie się tych samych głosek lub zespołów głoskowych na początku kolejnych wyrazów tworzących wers, np. "Wierzbowa wodo, wonna wikliną" (J. Iwaszkiewicz, "Ikwa i ja"), "pstro, pstrawo.. pstrokato..." ("Lato", S. Młodożeniec) - onomatopeja - wyraz dźwiękonaśladowczy; wyróżniamy onomatopeje naturalne, które mają podobne brzmienie do odgłosów akustycznych występujących w naturze, np. bulgotać, ćwierkać, brzęczeć, kukać, turkotać, warczeć, szczekać, świstać, zgrzytać oraz onomatopeje sztuczne (świadome wprowadzenie do utworu elementów fonetycznych, które oddają dźwięki naturalne i w ten sposób wywołują pożądane wrażenie), np. w wierszu Juliana Tuwima "Bal w operze" czytamy: "Przy bufecie - żłopanina/ Parskanina, mlaskanina" - rym - powtórzenie jednakowych lub podobnych zespołów głoskowych na końcu wyrazów zajmujących określoną pozycję w obrębie wersu - rytm - źródłem rytmu w wierszu jest powtarzalność; wiersz, który nie posiada rytmu to wiersz wolny. II. MORFOLOGICZNE - zdrobnienia (stosowane często w poezji dziecięcej, np. "Pan kotek był chory i leżał w łóżeczku", jak również w utworach opisujących dzieci, np. "ucieszne gardziołko" poezji ludowej "Hej przeleciał ptaszek", także dla uwydatnienia kontrastu, np. pomiędzy napastnikiem a bezbronną ofiarą: "tak więc smok, upatrzywszy gniazdo kryjome,/ Słowiczki liche zbiera (...)" (Jan Kochanowski, "Treny") - zgrubienia - jeśli chcemy nadać wyrazowi znaczenie pejoratywne (np. babsztyl, bachor) - neologizmy - wyraz, wyrażenie nowo utworzone, nowe w danym języku; w poezji tworzone dla podniesienia kunsztu literackiego, zazwyczaj tylko na potrzeby danego wiersza, rzadko utrwalają się potem w języku potocznym; bardzo często występują w poezji Cypriana Kamila Norwida i Bolesława Leśmiana oraz w wierszach futurystów. "Tam ukochał przestwornie mgłę - nierozeznawkę" (Bolesław Leśmian, "Śnigrobek") "Ogród pana Błyszczyńskiego zielenieje na wymroczu,/ (...) / Sam go wywiódł z nicości błyszczydłami swych oczu/ I utrwalił na podśnionej drzewom trawie". (Bolesław Leśmian, "Pan Błyszczyński") "uchodzone umyślenia upapierzam poemacę/ i miesięczę kaszkietując księgodajcom by zdruczyli" (S. Młodożeniec, "Futurobnia") III. SKŁADNIOWE - apostrofa (utrzymany w podniosłym tonie zwrot do Boga, bóstwa, osoby lub zjawiska), często występuje np. w wierszach o charakterze modlitewnym. Warto zauważyć, że jeśli w tytule wiersza występuje przyimek "do", utwór będzie prawdopodobnie rozpoczynał się od apostrofy. Na przykład w utworze Baczyńskiego "Modlitwa do Bogarodzicy" podmiot liryczny zwraca się do Matki Boskiej z rożnymi prośbami: Któraś wiodła jak bór pomruków ducha ziemi tej skutego w zbroi szereg, prowadź nocne drogi jego wnuków, (...) Któraś była muzyki deszczem, a przejrzysta jak świt i płomień, daj nam usta jak obłoki niebieskie, (...) W wierszu Morsztyna "Do lutnie" mamy z kolei zwrot do ubóstwianej przez autora poezji: Lutni wszechmocna, lutni słodkostronna, Której smacznego dźwięku nieuchronna Wdzięczność złe myśli rozpędza i człeku Przysparza wieku Wspomni (bo lepiej pomnisz) swoje siły, Jako za tobą kamienie chodziły, Gdy nowy mularz bez zelaz potrzeby Stanowił Teby. W kontekście żartobliwym - Kniaźnin, który uroczyście zwraca się do... wąsów: "Ozdobo twarzy, wąsy pokrętne!/ Powstaje na was ród zniewieściały:/ dworują sobie dziewczęta wstrętne" ("Do wąsów"). - inwokacja - jest to rozwinięta apostrofa rozpoczynająca poemat epicki, w której autor zwraca się do muzy lub istoty boskiej z prośbą o natchnienie, inspirację, roztoczenie opieki nad powstającym utworem. Muzo! Męża wyśpiewaj, co święty gród Troi Zburzywszy, długo błądził... Homer "Odyseja" - anafora - wielokrotne powtórzenie tego samego zwrotu na początku kolejnych wersów "Prędzej kto wiatr w wór zamknie, prędzej i promieni /(...)/ Prędzej morze burzliwe groźbą uspokoi,/ Prędzej zamknie w garść świat ten (...)" ( Morsztyn, "Niestatek") Przeciwieństwem anafory jest epifora, czyli powtórzenie tego samego wyrazu lub zwrotu na końcu kolejnych wersów: "Nie idzie, ale skrada się przez życie,/ Czołga się przez życie,/ sunie przez życie/ Ślimaczym, śliskim śladem". (A. Kamieńska, "Iść przez życie") - asyndeton wieloczłonowy - brak spójników między częściami zdań lub zdaniami, np. "O moc, o rozkosz, o skarby pilności/ Że deszcz, że drogo, że to, że tamto" (J. Tuwim, "Mieszkańcy") - polisyndeton - połączenie współrzędnych członów zdania wieloma identycznymi spójnikami, np. "I gnają, i pchają, i pociąg się toczy" (J. Tuwim, "Lokomotywa") - refren (przyśpiew) - wyraz, zwrot, wers lub strofa powtarzające się regularnie; występuje w utworach o wyrazistym rytmie, zwłaszcza w pieśniach. Może służyć uwydatnieniu motywu przewodniego w utworze, wyraźny refren występuje np. w wierszu Leopolda Staffa "Deszcz jesienny" - "O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny..." - parentezy (zdania wtrącone w nawias) "I od takiego, Boże nieskończony, (w sobie chwalebnie i w sobie szczęśliwie sam przez się żyjąc) żądasz jakmiarz chciwie (...)" - przerzutnie "Czemu wysuszyć ogniem nie próbuję Płaczu? Czemu tak z ogniem postępuję, (...)" "Pokój szczęśliwość. Ale bojowanie Byt nasz podniebny. On srogi ciemności Hetman (...)" - pytania retoryczne "Jak żyję, serca już nie mając?" "Jak w płaczu żyję, wśród ognia pałając?" "Cóż będę czynił w tak straszliwym boju?" "żądasz (...) chciwie/ być miłowany i chcesz być chwalony?" - zestawienia antytetyczne, antytezy, kontrast "Leżysz zabity i jam też zabity/(...)/Ty jednak milczysz, a mój język kwili,/Ty nic nie czujesz, ja cierpię ból srodze" [przeciwieństwo ty-ja], ( Morsztyn, "Do trupa") "Ten fortissimo zabrzmiał, tamten nuci z cicha. Ten zdaje się wyrzekać, tamten tylko wzdychał" [zestawienie ten-tamten], (A. Mickiewicz, "Pan Tadeusz", księga VIII) "Jego oczy są straszne, twoje - tylko miłe" [zestawienie jego-twoje], ( Gałczyński, "Szekspir i chryzantemy") IV. LEKSYKALNE - animizacja (ożywienie) - nadawanie przedmiotom lub zjawiskom cech charakterystycznych dla świata żywych - epitet - wyrazy określające, które podkreślają bądź uwydatniają jakąś charakterystyczną cechę opisywanego przedmiotu, osoby, zjawiska czy stanu. Najczęściej występują w formie przymiotników, lecz epitetem może być także rzeczownik czy imiesłów. Wyróżniamy kilka rodzajów epitetów: epitet bezpośredni: zielone oczy, ładne ręce, przyjemny głos, epitet metaforyczny, epitet stały (określenie tworzące trwały związek frazeologiczny z określanym wyrazem), występujące szczególnie u Homera np. prędkonogi Achilles, nieskazitelny Ajgistos, gromowładny Zeus, drętwa śmierć, epitet tautologiczny (określenie wyrażające oczywistą właściwość danego przedmiotu): masło maślane, marna marność - eufemizm - wyraz bardziej ogólny, stosowany w celu złagodzenia treści wypowiedzi, zwłaszcza wtedy, gdy trzeba uniknąć słów bądź określeń drażliwych, nieprzyzwoitych, wulgaryzmów słowami mniej dosadnymi, delikatniejszymi, np. "mijasz się z prawdą" zamiast "łamiesz, "zaglądać do kieliszka" zamiast pić alkohol, "odszedł", "zasnął", "przeniósł się na łono Abrahama" zamiast umarł, "ona nie jest zbyt dobrą aktorką" zamiast ona jest złą aktorką. Najczęściej spotykamy je w wypowiedziach polityków, dyplomatów, w reklamach. W poezji występują tam, gdzie autor obawia się np. naruszenia jakiegoś tabu językowego. Czasem jednak jest zupełnie odwrotnie - poeci unikają eufemizmów, posługują się wulgaryzmami np. w wierszu "Bal w operze" Julian Tuwim chce podkreślić okrucieństwo uczty - czytamy zatem: "Na talerzu Donny Diany/ Ryczy wół zamordowany/ Dżawachadze, prync gruziński/ Rwie zębami tyłek świński". Odmianą jest peryfraza, czyli omówienie, opis, charakterystyka - polega na zastąpieniu słowa oznaczającego dany przedmiot, czynność lub cechę przez ich rozbudowany opis, metaforę lub charakterystykę np. zamiast Fryderyk Chopin - najwybitniejszy polski kompozytor, zamiast Henryk Sienkiewicz - autor "Trylogii". - oksymorony - zestawienia wyrazów sprzecznych znaczeniowo, wykluczających się, np. zgodne spory, suchego przestwór oceanu, pewność niepewna, zimne ognie, bywalec niebytu, nieistniejące istnienie. - paradoksy - zaskakujące sformułowanie, zawierające treść sprzeczną wewnętrznie, sprzeczną z powszechnymi poglądami "Nie żyjąc, jako ogień w sobie czuję?" ( Morsztyn, "Cuda miłości") "Cokolwiek stracisz, tym się zbogacisz" (L. Staff, "Jest czas olbrzymich prób...") Inne: synonimy, porównania, porównania homeryckie - metafory (przenośnie) Wyróżniamy kilka rodzajów metafor: hiperbola - zamierzona przesada "Przebóg! Jak żyję, serca już nie mając?" metonimia (zamiennia) - używana wówczas, gdy między właściwym a przenośnym znaczeniem wyrazu występuje jakaś zależność, np. "lubić pióro Herberta" - oznacza to, iż ktoś lubi styl, jakim posługiwał się Herbert "czytać Sienkiewicza" - w tym wypadku oczywiste jest, że chodzi o utwory Sienkiewicza "cała Ameryka zamarła z przerażenia", czyli mieszkańcy Ameryki "zdobyć Złote Lwy na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni", czyli zdobyć nagrodę na tym festiwalu "w tej restauracji jadają wyłącznie białe kołnierzyki", a zatem jadają tam urzędnicy, pracownicy umysłowi "rozbłysły okna" "huknęły spiże" Odmianą metonimii jest synekdocha (ogarnienie), oparta na zasadzie ekwiwalencji i wymienności wyrazów bliskoznacznych: 1) gatunku zamiast rodzaju lub odwrotnie, np. "śmiertelnik" zamiast człowiek (np. w tytule wiersza Norwida "Zaczepiony przez Sybillę śmiertelnik odpowiedział") 2) części zamiast całości (z łac. pars pro toto), np. "próg" lub "dach" zamiast dom, "szyja" zamiast głowa 3) materiału zamiast wykonanego z niego przedmiotu ("żelazo" w znaczeniu miecz, "srebra" w znaczeniu zastawa stołowa) 4) obiektu w liczbie pojedynczej zamiast w liczbie mnogiej, np. "nie lubię kłamcy" zamiast kłamców 5) liczby określonej zamiast nieokreślonej, np. "setki wrażeń", "sto myśli" 6) osoby zamiast imienia pospolitego, np. Zoil - złośliwy krytyk - personifikacja, czyli uosobienie, a zatem nadawanie zwierzętom, zjawiskom, pojęciom abstrakcyjnym (takim jak śmierć, miłość, dobro), zjawiskom przyrody cech ludzkich. Taki zabieg często występuje w bajkach, np. "Czegoż płaczesz? - staremu mówił czyżyk młody" (I. Krasicki, "Ptaszki w klatce") Inny przykład to w "Rozmowie Mistrza Polikarpa ze śmiercią" śmierć ukazuje się Polikarpowi w postaci rozkładającego się ciała ludzkiego i przemawia do przerażonego Mistrza ludzkim głosem ("Śmierć do niego przemówiła"). Praca, przekraczająca zazwyczaj 8 godzin, rodzina i jej potrzeby (stąd wieczny brak kasy), często wiek i zdrowotne dolegliwości - wszystko to sprawia, że ulubionej rozrywce, rekreacji czy pasji nie możemy poświęcić wiele czasu, a jeszcze mniej pieniędzy. Stąd i nasze, bardzo częste - powiedzmy szczerze - niedostatki w sztuce wędkowania, za które miłość własna każe nam winić sprzęt. A tylko częste "moczenie kija", pozwoli nam - jak pisał Wacław Strzelecki - "czytać rzekę i rozumieć ryby". Bez tysięcy prób i porażek, nieczęstych sukcesów, nie staniemy się profesjonalistami pełną gębą, umiejącymi między innymi także odróżnić sprzęt lepszy od gorszego. I tak koło się zamyka. Dlatego posłuchajmy wskazówek i rad na temat, jak określić swoje potrzeby, jak odróżnić sprzęt zły od dobrego, jakie cechy powinien posiadać sprzęt dobry i po czym poznać ten gorszy. Dodajmy do tego osobiste predyspozycje, doświadczenia i nawyki, abyśmy nie dali się zwieść marketingowemu bełkotowi, jakiego pełno w reklamach otwartych i ukrytych. Starajmy się być znawcami sami dla siebie, zbierając najmniejsze okruchy wędkarskiej wiedzy i uzupełniając swoją wiedzę, wiedzą innych. I kilka informacji otrzymanych ostatnio od JMK na temat zamierzonego cyklu. Obejmie on około 7 do 10 odcinków o wędziskach, kilka (około 3 - 5) o kołowrotkach oraz 1-2 o pozostałym sprzęcie (haczyki, żyłki itp.). JMK zaznacza, że są to tylko jego zamiary i przewidywania. Osobiście jestem jednak trochę przerażony zakresem opracowania autora i jego (sądząc po treści odcinka drugiego), jakby nadmiernie akademickim podejściem do tematu, mogącym znudzić mniej dociekliwych czytelników Nie spodziewałem się również, że aż tyle uwarunkowań może mieć wpływ na moje wędkowanie. Jednak dobrze pamiętam, że kiedy przed wielu laty jeszcze łowiłem tylko na spławik lub grunt zawsze dziwiłem się że najwięcej ryb udawało mi się złowić na stary, "wylatany", ruski teleskop, jednak przerobiony trochę pod moje, intuicyjnie wyczuwane wymagania, a nie na zarzuconą obok, nową, podobno markową (?) karpiówkę. Po przeczytaniu poniższego tekstu zaczynam odrobinę rozumieć, dlaczego? Ale oddajmy z powrotem głos autorowi. Hilary Jałoszyński Kryteria wyboru wędziska Opracowany przeze mnie na tę okazję test przedstawia się następująco. Pierwszy rodzaj uwarunkowań składa się z dwóch elementów: po pierwsze, to charakter i cechy wędkarza oraz po wtóre, charakter i cechy łowiska. Bez ich rozpatrzenia i odpowiedzi na wynikające problemy nie ma właściwie sensu praktycznego rozpatrywanie cech jakościowych wędziska, które składają się na drugi rodzaj uwarunkowań naszego wyboru czyli testu. Punkty testowe określam w następującym wymiarze i za poszczególne cechy: Cechy wędkarza - do 25 punktów. Obejmują one predyspozycje mentalne i umiejętności taktyczno-techniczne oraz oczywiście czysto fizyczne możliwości wybierającego wędzisko. Cechy łowiska - do 20 punktów. Zawierają one ograniczenia i wymogi najczęściej odwiedzanego, czy preferowanego łowiska lub jego konkretnego typu, np. rzeki z minimalnym lub dużym uciągiem, głębokiego jeziora itp. itd. Łowienie z łodzi, lub brodzenie po płyciznach a także łowienie z brzegu w trudnym (np. zarośniętym) terenie, to kolejne typowe przykłady do rozważań. Razem część pierwszą, nazywam ją, koncepcyjną określiłem na max 45 punktów. Na część drugą, o charakterze jakościowym składają się następujące kryteria: Materiał i konstrukcja wędziska - do 15 punktów. Składają się tutaj oceny takich elementów jak materiały, konstrukcja blanku, złącza, rękojeść i w konsekwencji wyważenie statyczne, wyważenie dynamiczne i rozłożenie masy. Wartość użytkowa wędziska - do 15 punktów. Pojęcie to stanowi relację między wagą wędziska, jego długością i praktycznym zakresem stosowanych przynęt (czytaj: obciążeń) i stąd wynikająca automatycznie ocena takich terminów, jak ugięcie wędziska, szybkość jego akcji i praca w różnych fazach wędkarskich działań. Wartość przelotek - do 10 punktów. Do oceny bierze się tutaj pod uwagę twardość pierścieni i pozostałe ich cechy: wielkość, materiał, konstrukcja ramek oraz stopki. Rozmieszczenie przelotek - do 5 punktów. Oceniamy w tym przypadku liczbę przelotek, ich umiejscowienie oraz jakość omotek lub innego typu zamocowanie. Akcja wędziska - do 5 punktów. W tym wypadku ocenia przede wszystkim "dopasowanie" typu akcji do przyzwyczajeń i preferencji wędkarza. Inne cechy - do 5 punktów. Oceniamy tutaj rozwiązania mające wpływ na estetykę i np. bezpieczeństwo wędziska w czasie transportu, jego wymiary po złożeniu, pokrowce i tuby itp. Cechy jakościowe wędziska oceniłem na maks. 55 punktów, zatem cały test może zakończyć się maksymalnie liczbą 100 punktów. Gdyby tak było, można by powiedzieć, że wędzisko pasuje nam w 100 procentach! Jak widać, w tym teście nie ma ani słowa o cenach, chociaż kiedyś zadawałem sobie pytanie, czy dało by się punkty przeliczyć na ceny? Ale ceny, to sprawa wielu innych uwarunkowań i nie przekładają się one na proste zależności. Decyzja odnośnie zakupu zawsze należy do nabywcy. To samo wędzisko bowiem dla każdego z nas będzie warte inną kwotę. Na pytanie, czy wybrane, konkretne wędzisko jest warte żądanej ceny, pozwoli nam odpowiedzieć właśnie powyższy test, oraz oczywiście zasobność naszych kieszeni, a w tej sprawie bezsilne są wszystkie testy, które mimo pozorów nie są zabawą, ale mają praktyczne zadanie. Wg mnie im wynik testu bliższy jest 100 % tym realniejsza cena wędziska. W "Wędkarzu Polskim" w latach 1992-1997 publikowałem wyniki testów wędzisk, a ściślej mówiąc ich części jakościowej. Były to umieszczane w dziale pt. "Kupuj z głową" tabelki z ocenami wędzisk wg takich samych założeń. Publikacja testów wędzisk wzbudziło szereg emocji i zadrażnień. Udało mi się jednak pozostać niezależnym od zakusów różnych "graczy" na rynku wędkarskim, ale w pewnym momencie musiałem zrezygnować z tych kontrowersyjnych publikacji. Publikowane później tabelki już nigdy nie były moim dziełem. Gdy dyskutuje się o wędziskach, zazwyczaj padają pytania typu "które wędzisko jest najlepsze, która firma jest najlepsza". Najczęściej dyskutanci myślą o cechach jakościowych, zapominając, lub wyraźnie niedoceniając najbardziej istotnych dla tych kwestii uwarunkowań, wynikających z faktu, że takim wędziskiem będzie łowił konkretny wędkarz, na konkretnym typie łowiska. Wybranie, czy zakup nawet najlepszego jakościowo wędziska bez rozstrzygnięcia tych dylematów jest po prostu teoretyczną zabawą bez praktycznych i pozytywnych konsekwencji. A więc "na pierwszy ogień" idzie wędkarz, którego cechy paradoksalnie są najważniejszym kryterium wyboru wędziska. To, jakim jest się wędkarzem w zupełności determinuje wybór wędziska. A więc, jeśli potrafi się jak najwyraźniej określić swe potrzeby, jeśli posiada się dostatecznie wysokie umiejętności i możliwości techniczno-motoryczne, pozwalające na posługiwanie się trudnymi i skomplikowanymi metodami i technikami wędkarskimi - wybierze się odpowiednie wędzisko na miarę wiedzy o sobie, jako wędkarzu. Jeśli jego wiedza wędkarska będzie na odpowiednim poziomie, a więc nie tylko ta podstawowa dotycząca sprzętu wędkarskiego, ale również taka, która pozwala na udany wybór taktyki i zachowań na łowisku, na optymalny wybór przynęty, na wyczucie momentu brania i na sposób zacięcia - na pewno wybrane wędzisko spełni oczekiwania. Wówczas pozostanie jeszcze do rozstrzygnięcia sprawa wyboru jakościowego. Ale z uporem powtarzam: najważniejszym miernikiem służącym za podstawę wyboru jest sam wędkarz, a dopiero w następnej kolejności uwarunkowania łowiska itd. Po prostu, jeśli się jest mało doświadczonym wędkarzem, nie uwzględniającym wymienionych zależności, to pomimo posiadania sprzętu nawet najwyższej jakości, jego posiadaczowi będzie się łowić marnie i ciężko, bez przyjemności i oczekiwanych efektów. Chociaż prawdą jest, że łowiąc dobrym sprzętem mamy większą szansę na szybsze nabycie umiejętności technicznych, pozwalających na sukcesy wędkarskie znacznie mniejszym nakładem sił i środków. Umiejętności wędkarza mające największy wpływ na preferencje odnośnie wyboru wędziska, to przede wszystkim umiejętności taktyczne, np. zajęcie właściwej pozycji na łowisku. Pozycji, która pozwoli optymalnie wykorzystać zalety posiadanego sprzętu, w niczym nie pomniejszając efektywności łowienia. Taktyka, to także wybór właściwej metody, wybór przynęt, czasu (pory) łowienia i oczywiście wybór i nastawienie się na połów konkretnego gatunku ryby, biorąc pod uwagę jej najlepszy czas żerowania i pragnienia wędkarza. Każdy z tych aspektów ma swoje konsekwencje, przy wyborze sprzętu. Omówienie tych niuansów zajmuje już kilkaset lat wszystkim autorom światowej literatury wędkarskiej, mającej charakter poradnikowy. I pewnie nadal jest o czym pisać. Dlatego zdobywanie wiedzy wędkarskiej jest najprostszą drogą do właściwego wyboru i nabywania niezbędnego sprzętu. Całe szczęście, że absolutna większość ofert w zakresie sprzętu została zaprojektowana przez ludzi (materiałoznawców, projektantów i konstruktorów) którzy tę najważniejszą wiedzę posiedli i przetworzyli ją we wszystkie, najbardziej typowe wędziska. Jednakże, między bajki należy włożyć dwa pozorne domniemania rozpowszechnione wśród wędkarzy. Pierwsze - że istnieją wędziska uniwersalne, a drugie, że już wszystko w tej dziedzinie wymyślono, czyli wędzisko na każdą wędkarską okazję. Historia metod i technik wędkowania często zatacza koła, eksploatując wielokrotnie najlepsze pomysły naszych przodków, ale za każdym razem z nowymi możliwościami materiałowymi i technologicznymi. Fascynującym przykładem może być porównanie wędziska opisanego w słynnym traktacie z 1496 r. (przypisywanego Lady Julianie Barnes), ze współczesnymi nam "drgającymi szczytówkami". Co się okazuje? Te konstrukcje są bliźniaczo podobne! Jakże więc samochwalczo i śmiesznie brzmią reklamy i marketingowe opowieści "ex-pertów" o nadzwyczajnej nowoczesności popularnych "pikawek". Zupełnie inaczej ma się sprawa z umiejętnościami technicznymi wędkarza, czyli precyzją i celnością "machania kijem", mówiąc kolokwialnie. To po prostu trzeba umieć. Lokowanie przynęty, czy zestawu w dowolnym punkcie łowiska może być jedynie skutkiem umiejętności, a nie przypadku. Długie i celne rzuty w niektórych metodach i technikach, to podstawa sukcesu i tylko wędziska, które to umożliwiają zasługują na nasze zainteresowanie. Jedynie celowy, specjalistyczny trening może spowodować, że nabędziemy tych umiejętności szybciej od wędkarza, który "ćwiczy" je, jak gdyby tylko przy okazji łowienia. Najłatwiej będzie skorzystać z doświadczeń wędkarzy uprawiających sport rzutowy ( patrz: Ryszard Turski - "Wędkarstwo rzutowe" SiT W-wa 1974) w czystej postaci, czyli rzut do tarczy i jego odmiany, przenosząc wyniesione stąd umiejętności i nawyki do praktyki wędkarskiej. Nie jest to proste, bowiem osiągnięcie celności np. na poziomie 3-ch trafień w pięciu rzutach na dystansie 30, czy 50 m (spinningista) do tarczy o średnicy 3 m (z centralnym punktem w postaci pudełka zapałek, które "dają znać", że się trafiło), najlepiej na łące - jest możliwe, ale wymaga cierpliwości, pilności i pewnego samozaparcia. I tu oczywiste jest, że łatwiej nam będzie to osiągnąć przy pomocy wędziska klasowego, a nie byle jakim kijem. Zapanowanie bowiem nad torem lotu wahadłówki czy woblera jest o wiele trudniejsze niż rzut ciężarkiem przez rzutowców, ale tak wyrabia się perfekcjonizm. Po prostu nie ma innej drogi, jak ciężka praca, albowiem praktyka wędkarska i tak nam to skomplikuje jeszcze bardziej. Predyspozycje, czy upodobania wędkarza do jakiejś metody, czy techniki łowienia nie należy mylić z możliwościami psychofizycznymi konkretnego amatora "moczenia kija w wodzie" i jego pewnych zachowań w czasie posługiwania się wędziskiem. Najbardziej spektakularnym przykładem zależności efektów łowienia od naszej psychiki i zdolności reakcji są: po pierwsze - zdolność oddania rzutu w momencie optymalnej kumulacji energii w czasie wymachu wędziskiem, oraz po drugie: sposób holowania dużej ryby, a konkretnie mówiąc, umiejętność wykorzystania możliwości wędziska w czasie tej bardzo emocjonującej operacji, która często wymyka się nam spod kontroli. Potocznie mówi się: "ja lubię wędziska o takiej to, a takiej akcji". Jednym z nas idealne wydają się tzw. "paraboliczne" lub, jak mówią niektórzy, "głęboko uginające się" , co nie jest całkowitą prawdą. Inni zaś preferują o "akcji szczytowej". Coś w tym jest, mimo powszechnego braku pełnego zrozumienia tych terminów, albowiem te upodobania są instynktowną próbą dopasowania sprzętu do naszych możliwości psychofizycznych. Jeśli uda nam się zrozumieć i zapanować nad "mechanizmem" reakcji podczas ewentualnych ćwiczeń, to uda się podczas wędkowania w konkretnych, ekstremalnych sytuacjach udanie posługiwać wędziskami o różnych walorach użytkowych. Jest to jednak - powtarzam - trudne zadanie, ale daje cały szereg możliwości efektywnego łowienia z poczuciem własnych umiejętności i wartości. Instynktowne wybory wędkarza niestety, nie zawsze pokrywają się z zasadami zdrowego rozsądku przy zakupie wędziska. Oto podstawowe sprzeczności, które mają wpływ na nasze możliwości wędkarskie. Przykład pierwszy: wędkarz-spinningista, obdarzony bardzo dobrym refleksem, świetnie postrzegający wszystkie elementy sytuacji w wodzie, co pozwala mu na bardzo szybkie reakcje i "doskonałe" prowadzenie przynęty po z góry zaplanowanym torze; taki wędkarz z reguły wybiera wędzisko o bardzo szybkiej akcji, o ugięciu zbliżonym do tzw. żelaznej paraboli, czyli potocznie określane, jako "szczytowe", "twarde" czy "nieustępliwe. I do tego przeznaczone do przynęt o kilka numerów cięższych niż te, które używa w rzeczywistości, czyli nazbyt lekkich, o mniejszej wadze. No i przynęta pokonuje łowisko w zbyt krótkim czasie po wręcz "kanciastym" torze, który absolutnie nie uwzględnia warunków dna, brzegu, uciągu wody, mniejszych wypłyceń i zagłębień, zmiany tempa i rytmu prowadzenia wskutek naturalnych zawirowań nurtu, a wszystko to powoduje, że taki "speedy" wędkarz posługujący się "szybką " wędką redukuje możliwość brań, przy olbrzymim szczęściu, nawet o 80%, zaś przy jego braku uniemożliwia brania nawet zupełnie. Chyba, że najedzie przynętą jakiegoś zagapionego "leszcza", który nie zdążył zwiać przed szarżującą obrotówką, czy woblerem. Gdyby ten wędkarz wybrał wędzisko o wolniejszej akcji i o ugięciu miękkim, progresywnym, a masę przynęty dostosował do zakresu podanego na wędzisku (lub odwrotnie), to jego szanse na branie wzrosłyby o 30, a może i 50%. I drugi, skrajny przykład, gdzie wędkarz, przysłowiowe "ciepłe kluchy", wybiera jeszcze jedną "kluchę" czyli wolno reagujące wędzisko, o bardzo głębokim ugięciu, powodując sytuację wręcz odwrotną, ale tylko pozornie. Bo, niestety, skutki takiego wyboru będą bardzo podobne. Otóż drapieżniki przeważnie atakują sztuczne przynęty pod warunkiem, że wędkarz prowadząc je, nada im cechy "życia", czyli umiejętnie je poprowadzi. Choć brań w tym wypadku będzie więcej, ale i zaczepów także, a więc jedynie bilans emocji się poprawi, wyraźnie natomiast ubędzie nam przynęt. A i efektywny czas łowienia się skróci, kiedy pierwszy zaczep wypłoszy z łowiska wszystkie ryby, najgodniejsze naszej uwagi. I na koniec muszę przytoczyć jeszcze jeden humorystyczny przykład. Wyobraźmy sobie wędkarza, "metr pięćdziesiąt w kapeluszu", czyli typowy "konus", na co dzień trenujący tężyznę fizyczną za biurkiem, załatwiając rozmaite akta, kiedy znajdzie się nad brzegiem dużej szybko płynącej rzeki z wędziskiem spinningowym długości 3,30 m do 80-cio gramowych przynęt, wykonującego np. trzechsetny rzut w pogoni za byle jakim drapieżnikiem. Twierdzę, że raczej nie dociągnie do tylu rzutów, ale na 100% "złowi" ból kręgosłupa, "łokieć tenisisty", czy znajomego stojącego niebacznie obok. Zaś wędkarzowi postury i siły Pudzianowskiego nie należy fundować przyjemności posługiwania się "patyczkiem" do 5-gramowych przynęt z żyłką 0,10, bowiem "krach" jest absolutnie pewny i to w pierwszej bardziej emocjonalnej sytuacji. Wniosek jest prosty: nasze możliwości fizyczne rządzą także wyborem sprzętu, bez względu, czy nam się podoba, czy nie. Cechy łowiska Oczywiście cechy łowiska wymuszają bardzo różne rozwiązania sprzętowe i będą one determinowane przez rodzaj przynęty lub konkretną metodę i technikę wędkowania. Podstawowe zależności tego typu pominę zupełnie, bowiem niemal 100% tych uwarunkowań uwzględnili producenci wędzisk i innego sprzętu szykując ofertę rynkową swoich firm. Skoncentruję więc nasze rozważania wokół zależności nieco mniej widocznych na pierwszy rzut wędkarskiego oka i często nie docenianych nawet przez średnio zaawansowanych "moczykiji". Ale muszę podkreślić, że dylemat, jaką metodą, jaką techniką, czy jakim typem przynęty zamierzamy łowić musi zostać rozstrzygnięty w pierwszej kolejności, albowiem nie ma wędzisk uniwersalnych na tyle, aby dało się skutecznie łowić tylko jednym typem wędki, każdą metodą i techniką, chociaż istnieje parę przypadków, że jakieś wędzisko można zastosować w kilku sytuacjach wędkarskich. Oczywiście, na pewno lepszym, bardziej optymalnym rozwiązaniem, będzie posiadanie kilku specjalistycznych, zaprojektowanych przez producentów wędzisk, przynajmniej do najbardziej różniących się metod wędkowania. Zatem wędkarzom pozostają do rozstrzygnięcia następujące kwestie: jaką powinniśmy wybrać długość wędziska? I do jakiego ciężaru i typu przynęty służyć będzie wędzisko, w warunkach najczęściej odwiedzanego przez nas typu łowiska i spodziewanych tam trudności technicznych? Ale chyba najważniejsze cechy łowiska określają żyjące tam ryby, które spodziewamy się zainteresować naszą przynętą. Dlatego producenci bardzo często starają się nazywać swoje specjalistyczne, czy też quasi specjalistyczne wędziska nazwami wskazującymi na ich przeznaczenie: np. sandaczowe, szczupakowe, łososiowe, czy też okoniowe itd., ale często okazuje się, że tak samo brzmiących przeznaczeń ich cechy użytkowe są bardzo różne i do skutecznego łowienia np. sandacza niezbędne są, co najmniej trzy wędziska o zupełnie innych cechach, wręcz przeciwstawnych. Często również pojawiają się w ofertach firm określenia wędzisk typu: "do łowienia na miękkie przynęty, do łowienia woblerami, do łowienia kogutami", a więc konkretnymi typami przynęt w ramach jednej metody wędkowania. Zdarzają się jeszcze serie wędzisk spinningowych, gdzie długość wędziska w sposób typowy jest zestawiona z masą przynęty na zasadzie, im dłuższy spinning tym większa masa przynęty. Takie rozwiązanie wskazuje na dwie podstawowe sprawy. Na pewno tak skonstruowane wędziska niewiele mają wspólnego z nowocześnie pojmowaną techniką łowienia i powstały z myślą o niezbyt zaawansowanym technicznie wędkarzu, wręcz tradycjonaliście. Niesie to cały szereg ograniczeń, właśnie pod kątem doboru do cech łowiska, np. krótsze egzemplarze z takiej serii będą się nadawały głównie do łowienia z łodzi lub pomostów, natomiast dłuższe ograniczą nam wybór przynęt do wąskiego zakresu, podobnie zresztą, jak i bardzo krótkie. Znacznie większe szanse na prawidłowe dostosowanie do wymogów łowiska oraz pozostałych czynników będą miały te wędziska spinningowe danej serii, w której każdy z zakresów masy przynętowej jest prezentowany przez kilka długości wędziska. Pozwala to wędkarzowi na zajęcie lepszych pozycji na łowisku, większą swobodę taktyczną i nie ograniczy możliwości wędkarza tak bardzo, jak wędzisko o tradycyjnym zestawieniu długości z masą przynęty. Ale takie wyzwanie podejmują jedynie firmy znające się na rzeczy i nie nastawione na masówkę. . Pozwala to wędkarzowi na zajęcie lepszych pozycji na łowisku, większą swobodę taktyczną i nie ograniczy mu możliwości tak dalece jak wędzisko o tradycyjnym zestawieniu długości z masą przynęty. Praktycznie niewielu wędkarzy tak szczegółowo analizuje i zastanawia się, jakim wędziskiem będzie łowić i w konsekwencji wybierają swoją ulubioną długość i zakres przynęt w dwóch warunkach łowienia czyli przy łowieniu z brzegu (i ewentualnie brodząc wzdłuż burty) oraz z łodzi. Czasami jeszcze komponuje się specjalny zestaw na ekstra okazje, np. na łowienie łososi i troci, czy klenia i jazia w warunkach dużej rzeki lub pstrąga w niewielkich i szybko płynących ciekach. Oczywiście, takie racjonalnie podejście do tego problemu nie powoduje optymalnego rozwiązania wszystkich sytuacji związanych z cechami łowiska. Ograniczenia z tego powodu naszych możliwości taktycznych i technicznych, częściowo rekompensuje nam nasza sprawność w posługiwaniu się własnym, doskonale znanym i wielokrotnie wypróbowanym sprzętem. Bo tak już jest, że w znakomitej większości sytuacji nasza sprawność wędkarska zależy nie tylko od klasy i możliwości sprzętu, ale w równym stopniu od treningu i przyzwyczajeń wędkarza. Oczywiście o efektywności czyli sensie stosowania jakiegoś typu sztucznej przynęty decyduje łowisko i jego warunki, a więc i jego zasobność w ryby poszczególnych gatunków. Np. stosowanie tzw. "paprocha" z delikatnym wędziskiem i cienką żyłką będzie bez sensu na bardzo zarośniętej wodzie, mimo że na pewno żyją w niej różnych rozmiarów okonie. Ciężkie woblery i cała metoda trollingu będzie zupełnie nieprzydatna na niewielkiej, czy zupełnie płytkiej wodzie, mimo, że mogą żyć duże okazy szczupaka. Na głębokich łowiskach i w rzece, gdzie istnieje szybki uciąg wody praktycznie niemożliwe jest łowienie wędziskami potocznie nazywanymi "kluska", czyli o głębokim ugięciu. Możliwość zapanowania za pomocą takiego wędziska nad torem prowadzonej przynęty zostaje zredukowana prawie do zera. Takich sytuacji jest wiele i wiedza o nich należy do kanonu umiejętności wędkarza spinningisty. Problem polega więc na rozpoznaniu swoich potrzeb, wynikających z uwarunkowań łowiska, a następnie na wyborze wędziska optymalnego do danej sytuacji. Oczywistym jest, że w praktyce nie mamy możliwości wyboru na każde łowisko innej wędki, którą w dodatku nie zawsze będziemy umieli sprawnie się posługiwać. Takie rozwiązania istnieją tylko w teorii, czyli np. w bardzo dobrym podręczniku wędkarskim. Zdrowy rozsądek podpowiada dwie drogi do sukcesu. Pierwsza, to specjalizacja, czyli łowienie przez większość czasu poświęconego wędkowaniu jakimś wariantem techniki spinningowej. Takie rozwiązanie ma wiele uroków i może być bardzo dobrą drogą do osiągnięcia wysokiego poziomu umiejętności. Ponadto specjalizacja pozwoli ograniczyć arsenał wędzisk do trzech, czterech klasowych egzemplarzy. Druga droga, to właściwie brak konkretnej drogi, bo mówię o szukaniu pozornie wszechstronnego wędziska, a ponieważ takowe nie istnieje, sprawa kończy się zazwyczaj na wyborze jednego typu wędki, często wręcz na jednym wędzisku, które w miarę przyzwyczajanie się do niego zyskuje miano "doskonałego", najlepszego na świecie, czy po prostu dopasowanego do naszego sposobu spinningowania. Niestety, jest to kierunek do nikąd, bowiem pozostajemy głusi na nowe osiągnięcia praktycznej wiedzy na ten temat i nie rozwijamy naszej wędkarskiej sztuki, nie zdobywając nowych doświadczeń. Tak postępują ci z nas, którzy łowią często na jednym typie łowiska, albo bardzo rzadko wędkują z braku czasu i nie dostrzegają zupełnie potrzeby konfrontowania własnej wiedzy z osiągnięciami innych, otwartych na postęp w tej dziedzinie. Cdn. Jan Marek Kochański

czytać w rzece rozumieć ryby